Arbora
Staniwci


- Porozmawiajmy o gminie żydowskiej, jeżeli Pan się zgodzi.
- W Staniłciach Dolnych było dwa tempela. W tych czasach nazywano tempel, ale w języku literackim – to synagoga. (…)

- Czym się zajmowali ci Żydzi, którzy mieszkali tu przed wojną?
- Większość "geszefstvem", mieli gospodarstwo domowe. Wiesz, przed wojną Żydzi posiadali gorzelnię.

- Pan pamięta jego nazwisko?
- Nie, nie. O, mówiono Fiszer, i jeszcze jeden... jak się nazywał... Na przykład, ale czy Fiszer, czy... Tam na rogu jest płac Wynograd, on tam tylko miał owce i produkował ser. Ramba uchodził za pasterza – Rumun jakiś. Więc było około tysięcy, lub dwie tysiące owiec. Bydło miał obok gorzelni. Czy on, czy tamten drugi, zapomniałem jak się nazywał. Gdyby teraz ktoś znalazł kogoś nie daleko, gdzieś była szkoła w Staniłciach Dolnych, to była stara szkoła i naprzeciwko jej też jest szkoła, tamten tam ma dom, to pozostało od z gorzelni tego Pana-Żyda, więc on to był jeden, a tam gdzie w centrum teraz jest przedszkole, tam był drugi. Tamten miał pole gdzieś tam w pobliżu lasu w Staniłciach Dolnych, a ten miał u nas kawałek (pola).

- Handlowano więc w Staniłciach Dolnych?
- Tak. Żydzi byli w większości, mieli bydło, konie. Z tego pola oni dokądś dzieli paszę, jak sami mówili. Tym się zajmowali. Ale to jest, jak się mówi, bogaty naród. W Biblii jest napisane wyraźnie: "rozgonię cię po na całym świecie, ale dar od ciebie nie zabiorę" (...). Od nich dar nie jest odebrany. Dlaczego oni są na całym świecie? Dlatego że nie przyjęli Jezusa Chrystusa, kiedy oni tam do niewoli trafili, to więc do Egiptu, to oni...rozegnano to wszystko, pouciekano na wszystkie strony i tak dalej. Więc od kiedy oni, na przykład, są tutaj u nas, nie powiem że nie wiem wszystkiego, ale jest ich cmentarz, bardzo wiele ich było i oni są na cmentarzu wszędzie. My to tak, trochy nie poważnie do tego się zachowujemy, ale u nich to musiał być pomnik i tam coś miało być napisane, i tak dalej, i płot, i wszystko... W czasie wojny to wszystko zostało zniszczone, szli kowale i zniszczyli te płoty, żelazo było potrzebne...

- Jeszcze pozostał cmentarz Staniłciach Dolnych?
- Powinien być, to nie daleko, drogą do szkoły od centrum. Gdy pójdziesz w dolinę, tam jest taki most, jest strumień, jest kaplica...

- Pan pamięta, jak żyli razem miejscowi Ukraińcy a Żydzi, jak handlowali, dawali im towar pod procent, miały miejsce jakieś konflikty, może się kłócili?
- Dawano towary na procent, jak teraz, dobry brali pieniądz, to znaczy za dochód. Było tak, że ktoś tam przyjechał, w lesie zbudował dom, przyjechał z Ameryki i buduje. Przyszedł więc do jednego i Żyda powiedział: "Słuchaj, potrzebuję dla chaty metal, co tam jeszcze jest potrzebne". A ten mówi: "Słuchaj, a co bierzesz na pokrycie domu?" O, Sztyfańco miał nazwisko. A drugi mówi: "Drankę" (...). Ale te Żydzi byli tacy, że powiedźmy, idzie jeden po wsi, zobaczył ogród, jaki kwitnie i mówi: "Słuchaj, będziesz miał dobrą obfitość i pierwszy to kupię u ciebie". I patrzysz, a on już ci rzuca zadatek. Gdy jest śliwka, jabłko, gruszka – gotowano dżem i przechowywano w beczce, gdzieś to oni zdawali, nie tylko dla siebie. Ten, który miał owce, to on, na przykład, kiedy robił ser, to nie tylko dla siebie, ale gdzieś zdawał. Armia rumuńska dostawała, gdy tu była w 38-39 latach. Te dwa lata armia rumuńska mieszkała po domach, a my chłopcy wkradamy się do nich, tam broń, tam odzież. W naszym domu mieszkało siedmiu żołnierzy i jakiś "mażur", podobny do jakiegoś pisarza, bo ciągle był z jakimiś dokumentami. Oni dostawali posiłki cztery razy dziennie, ale słyszałem, że mówili, że źle karmione. Ale przecież widziałem, że bardzo dobrze karmione. Kiedyś chodziłem do nich jeść W dzień wolny oni chcieli jedzenia domowego, więc moja matka gotowała, niosła dla nich i mówiła: "Jedzcie, faceci, bo mój mały was objada". Jedzenie miało być trzy razy dziennie i trzy razy w tygodniu w "сzorbe" miał być kawałek mięsa, jakieś zboże, fasola i tak dalej. "Supliment" po rumuńsku oznacza podwieczorek, oni codziennie dostawali kawałek tej mamałygi, ponieważ ten naród był przyzwyczajony do tego, i taki duży kawałek tego sera. Dostawali więc trzy razy w tygodniu coś z mięsem i trzy razy w tygodniu coś bez mięsa, nabiał.



- Pan mówi, że to całe jedzenie zbierali Żydzi?
- Żydzi to wszystko gromadzili. Oni przychodzili i mówili. Podobnie do Sztyfańca, mówi: "Hej, brakuje ci rozumu? Jesteś z Kanady? Blachę bierz dla dachu". "Brakuje mi pieniędzy, kupiłem pole". "Nu co ty? Aby byłeś zdrowy, a pieniądze będą". Na drugi dzień już przywiozł żelazo, i gwoździ, i zbroję, i mówi: "Oddasz pieniądze, kiedy będziesz miał. A nie będziesz miał, to oddasz fasole, kukurydze, jęczmień, pszenice..." Byli tam chłopaki starego Panasa, młodzi, zdrowi, mieli już iść do wojska, a stary był skąpy, miał 45 hektarów pola, namłócą natychmiast chleba i chcą się bawić. Faceci wezmą furę i konia, kiedy stary śpi, nakradną w nocy zboża, ale nie mają miejsca do wysypania, więc wiozą do Bunia i on bierze, kupuje u nich. I wysypuje do piwnicy. On płacił, czego ile potrzebowałeś, on wiedział, że oni ukradli u taty... Bunio bierze, a tym tylko aby na niedziele mieć, za co pić. Zastanawiam się, co on z tym żytem robił w piwnicy, bo jest wilgotna. On chytry Żyd – bierze i wiezie na spirytus, bierze za to jeszcze lepsze pieniądze, masz Żyda. Byli blacharzy, szewcy, było nawet kilku takich że mieli po 4-5 sług. Bardzo ciężkiej pracy oni nie wykonywali. A przecież małe pole, pole mieli, mieli po 50-60 par koni. To do prawie wszystkich prac konie są używane, tam ziemniaki trzeba okopać, pielić. Do zbierania zboża też koni używano. Żyd, kiedy dojrzewa zboże, wiezie z gór około dziesięciu fur Hutsulow w rejon Putywlski, tak to więc było... Często mama w domu mówiła do taty: "Widać, że Fiszer już wiezie ich żąć. Ale po co, gdy jest żniwiarka?" A tata odpowiada: "Żyd wie po co. Jeżeli sierpem żąć, to od razu snopy się układa, 25 kg zboża się utraci, przy użyciu ręcznej kosy utraci około 50 kg na hektar (...), a gdy kosić końmi, żniwiarką – to do 70 kg. Było więc tak, że dawano sierp, tracili tylko 25 kg i od razu do ręki masz gotowy snop. Gabor był w Staniłciach. Miał z 20-30 krów, najmował dojarkę, tym wszystkim trzeba rządzić, jak to się mówi. Świniej oni nie mieli wcale. Więc dla wołowiny... Poza tym owce, konie...

- Pan pamięta, mama lub tato coś Panu mówili o Żydach, może Pan bawił się z Żydami, lub razem chodzili do szkoły?
- Do szkoły chodziliśmy, ale oni się trochę różnili, nie byli tacy jak my chłopacy. Był Kremer, lekarz, był taki fajny chłopak. Oni mieli ścisłe prawo – czystość. Oni nic nie brali do jedzenia u naszych dzieci. Nasze dzieci i my na dzień dzisiejszy nie są tak wykształceni, jak oni, to natura. Mimo że w jego gospodarstwie nie było tak wielkiego porządku. Ale poszedł do toalety, przepraszam za słowo, wyszedł z tamtą – dziecko 2-3 klasy, i nie pójdzie do klasy dopóki rąk nie umyje. Ale tak się zdarzało że nie było wody, więc on kręcił tam na dole, uczyłem się na pierwszym piętrze... On brał u mnie dżem, bo było bardzo gotowane, że kroiło się jak mydło, brałem więc do szkoły. Zauważył to, on miał bardzo biały chleb i dwa tosty z masłem, więc mówi do mnie: "Słyszysz, Arbora, daj mi kawałek, natomiast dam tobie połowę tego, słyszysz, ale nie mów nikomu, ponieważ nie wolno brać u was coś do jedzenia". Więc tak oni zachowywali... Podobnie o czystość: nikt nigdy nie widział, żeby to dziecko przyszło do klasy z toalety i nie otarło, lub nie umyło ręce. Ono tam kręci i szuka, gdzie można otrzeć ręce, on plunie na rękę, chusteczka z kieszeni, otarł i już. Mieli ścisłe prawo. Ale był taki Szajkało. Wśród nich byli biedni. On chodził z piątka na sobotę wykupić jaja. Przychodzi, a mama mówi: "Co ty, Szajkało, po co cię?" Był taki gniewny człowiek, mówi: "Muszę na sobotę zarobić sobie na jedzenie, żeby miałem pieniądze. Oni wysyłają mnie, dają procent, tylko na jajkach zarabiam, tak, że mogę sobie kupić jaja lub kurczaka". Na każdą sobotę musieli mieć kurczaka w piecu. Najmowali się do ludzi. Byli tacy że pracowali u nas przez cały dzień, więc zapytywaliśmy ich: "Dlaczego, Dlaczego, Żydzie, nie zajmujesz się handlem, jak wszystkie inne, a idziesz pracować?" Więc odpowiadał że kiedy pójdą do Izraela, to tam wydawany rozkaz, że tam trzeba będzie prowadzić gospodarkę.

- Pan pamięta, czy była synagoga, był rabin – ich ksiądz?
- Tutaj w Staniłciach Dolnych było dwie synagogi. Był lekarz Herer, ale dobrego słowa o nim nie mogę powiedzieć.

- Może Pan pamięta, gdy wybuchła wojna, co się stało z tymi Żydami?
- Więc tworzyli z nich kolumny, pędzili ich gdzieś. Ostatnio dużo opowiadali, jak chodziłem do wsi Żerdił rejonu Kamjańskiego (...), że gdzieś spędzili tysiące z nich, tam więc nie pozostało i trawy, nie dostawali jedzenia, ani nic, wszyscy tam zginęli... To Niemcy to wszystko zrobili, Hitler.

- Może ktoś w samej wsi został zastrzelony?
- Potem absolutnie nic nie pamiętam.

- Pan, może słyszał, że gdzieś w Storożyńcach Żydzi strzelali żołnierzy rumuńskich?
- Słyszałem taką rozmowę, że oni gdzieś z pierwszego piętra, gdy tutaj przyszła armia rumuńska, wtedy gdzieś tam strzelano w tą armie z karabinu maszynowego, więc ze względu na to oni zostali zabrane... Ale gdy przyszedł Hitler, wtedy ich zabierano wszędzie. W Starokostiantyniłci, kiedy chodziłem po tej wsi, to tam była taka gwiazda, pytam co to jest, powiedziano więc, że tam pogrzebiono Żydów, to tak. Nic do powiedzenia. Przed wojną nigdy z nimi nie było żadnej kłótni. Oni wszystkim ustępowali. Dlaczego? Bo z tego żyli. Przychodzisz, jak to wcześniej...większość miała koni. Podobnie jak teraz, cały szereg sklepów. Na przykład, przychodzisz do niego, a tam po prostu bat – uchwyt z drewna bukowego, byli i skręcone, ale drożej. Więc przychodzisz i pytasz: "Ile to kosztuje?" Może gdzieś tańsze, a on mówi: "Nie będę zaprzeczał. Idź do niego i bierz...". Więc on wszystko ma. Gdy nie miał, to prosił, by zaczekał i pytał, jeżeli było potrzebne, to już na jutro mogłem odebrać. To było, że jedna kobieta Paraskica, jaka miała mąża, który czasem się upiwał, pójdzie do Żydów, weźmie pieniądze, ten zapisze, a potem to trzeba oddać z powrotem. Była taka Paraskica, więc zmarł jej mąż, a pieniądze pozostały. Potem przyszli Żydzi, a pozostało sześcioro dzieci, więc te dzieci do pracy za te długi. Wtedy kobieta poszła do wójta, żeby ten dał zaświadczenie, że dzieci wyrzucone i że trzeba budować mieszkanie, więc żeby ten dał zaświadczenie, żeby iść prosić wśród ludzi. Dla wójta to jest łatwe, dał zaświadczenie i idź sobie, będą dawali, to będą, a nie, to nie. To było za czasów austriackich, kiedy jeszcze żył Franz Jozef. Ona skorzystała z tego zaświadczenia. Pochodzi na wioskę i zabiega o zezwolenie prosić jałmużnę, i tak od wioski do wioski, aż do Austrii doszła, tam zaczęli ją sprawdzać, dlaczego dzieci zostali wyrzucone z domu, od razu sprawdzono na miejscu i te Żydzi wszystko szybko wrócili, nawet więcej, niż miała przed ...

- Pan pamięta, czy wrócili Żydzi po ukończeniu wojny?
- Nie, prawie nikt, jeden tam w stołówce handlował, ale tak to już nie było.