Część I
Z. B.: Nazywam się Zenon Bujnowski. Urodziłem się w Szczebrzeszynie 25 grudnia 1931 r. W Szczebrzeszynie mieszkałem do 51 r. i od tamtej pory losy mnie rzuciły w różne strony naszego województwa lubelskiego. No, ostatnio mieszkam w Zamościu.
D. K.: Czy mógłby pan powiedzieć coś o społeczności żydowskiej w Szczebrzeszynie przed wojną, jak liczna była w stosunku do ogólnej liczby mieszkańców Szczebrzeszyna?
Z. B.: Więc Szczebrzeszyn liczył około pięciu tysięcy mieszkańców, w tym około połowa to stanowili Żydzi. Pamiętam, że mając pięć – sześć lat, biegałem do babci, która mieszkała po drugiej stronie miasta. Była to sobota, ulice były tak zatłoczone spacerującymi Żydami, że miałem kłopoty przecisnąć się między nimi, żeby właśnie do babci dotrzeć. I wtedy przypomniało mi się takie powiedzenie. Żydzi mówili: „Nasze kamienice, a wasze ulice”. I ja tak pomyślałem, że przecież ulice też nie są nasze, bo nie mogę do babci się dostać [śmiech]. Miałem takie pewne kłopoty. Czyli tych Żydów było stosunkowo dużo. Praktycznie to oni dominowali, oni byli wszędzie. Mieszkali, zajmowali przeważnie centrum miasta, mieli mieszkania, kamienice murowane. Polacy natomiast zajmowali obrzeża. Przeważnie były to w większości domy drewniane, ale sporadycznie były też takie okazałe kamienice, dość duże.
D. K.: Czyli w Szczebrzeszynie nie funkcjonowała jako taka dzielnica żydowska. Bardziej była społeczność wymieszana?
Z. B.: W Szczebrzeszynie to raczej, to centrum było żydowskie. Domy były przeważnie murowane. Część taka… dzielnica żydowska była wokół bóżnicy. I tam były budynki drewniane, tak zszyte ze sobą, że dachami się stykały i nas zawsze straszono, że niebezpiecznie się tam dostawać, bo raz w roku Żydzi potrzebują krwi chrześcijańskiej, aby produkować tę swoją macę i to było takie trochę straszenie nas. Ale pamiętam, że ten teren był tak zagęszczony, tak brudny, że lepiej było go omijać. I na początku chyba wojny, być może, że to czterdziesty rok, ktoś podpalił tę dzielnicę i był to dość duży pożar. Spłonęła cała ta dzielnica drewniana, z bóżnicą włącznie. Bóżnica posiadała taki jak gdyby dwukondygnacyjny dach. No, teraz został on odtworzony. A myśmy mieszkali około stu metrów od tego, od bóżnicy. Na zachód od bóżnicy, czyli stosunkowo dość blisko, i ten pożar był stosunkowo groźny. Wszyscy ludzie, to było w nocy, wyszli, siedzieli przed budynkami, z wiadrami z wodą, w razie jakiejś tam iskier, ognia, żeby można było ratować ten swój dobytek, a Żydzi uciekali z tych płonących domów, przechodzili przez nasz sad i tam się lokowali, bo to było już tak trochę bezpieczniej od tego ognia. I to mi się tak utrwaliło w pamięci, że dość dużo tych budynków żydowskich zostało spalonych, i cały ten teren jak gdyby tak przestał istnieć. Jeśli chodzi o społeczność żydowską, no to kontakty rodziców moich były takie: ojciec, jako murarz, często miał jakieś zatrudnienie przy budowie, naprawie przewodów kominowych, kuchien, budowy pieców i te kontakty były takie, że jeżeli odbywały się jakieś święta żydowskie, a szczególnie wtedy kiedy piekli to pieczywo – macę, to ojciec zawsze przynosił pęki tych okrągłych placków białych i często myśmy chętnie to jedli, bo to była taka nowość przecież. Nie było to u nas spotykane, a taka nowość żydowska była interesująca. Żydzi zajmowali się przede wszystkim handlem, bo całe to centrum miasta, te wszystkie, no, piętra i dalsze zabudowy były zamieszkane, a centra to były, mieściły się sklepy różnego rodzaju, różnej branży. Pamiętam, że zawsze byłem wysyłany po zakup nafty, bo mieszkanie było oświetlane lampą i najbliższy sklep, też właśnie żydowski, i tam stała beczka, dość duża z pompką, i ten Żyd stawiał tę pompkę, pompował do butelki, którą miałem, butelkę napełniał naftą. Dziwiłem się jako dziecko, że Żyd przestał pompować, a z lejka jeszcze ta nafta leciała do butelki i mówię: - Dlaczego ona leci, jak Żyd nie pompuje, a z tego lejka jeszcze ta nafta wypełnia tę butelkę? Kolejnym sklepem żydowskim, który często odwiedzałem, też żydowski, to był sklep z lodami. Od rodziców się coś otrzymywało, parę groszy, bo to wtedy w groszach przeważnie było, to do tego sklepu chodziłem żydowskiego na lody. W pierwszych dniach wojny akurat bomba uderzyła w budynek, w którym ten Żyd mieszkał. Budynek został zniszczony. Wprawdzie kolejna bomba uderzyła w nasze podwórze. Pamiętam, byliśmy wtedy na obiedzie, takim domowym. Zrobił się jakiś tumult. Rodzice, wszyscy uciekali od stołu, ja również wybiegłem i usłyszałem gwizd lecącej bomby. Po chwili zrobił się jakiś wybuch i zrobiło się ciemno.
Część II
Z. B.: Kiedy wybiegłem na podwórze, właśnie jak się ciemno już zrobiło, okazało się, że po drugiej stronie budynku bomba upadła w nowo budujący się dom mojego stryjka. Był wtedy cały zrąb już, bo to dom drewniany, zrąb drewniany. I w ten zrąb uderzyła bomba, później w tym miejscu to tylko lej został, a wszystkie te urządzenia, elementy tej budowli rozniesione były na kilkadziesiąt, czasami i kilkaset metrów. Dopiero później, po kilku godzinach, oglądaliśmy wyniki tego wszystkiego. To było takie trochę wrażenie tej lecącej z gwizdem bomby i później takie jak gdyby ciemności ogarnęły mnie. A to przeważnie ziemia, kurz, pył.
No, ale teraz jeszcze o tych naszych sąsiadach żydowskich. Więc, ojciec utrzymywał kontakty z Żydami. Jako pracodawcy byli dla niego pracodawcami, ponieważ, wykonując jakieś tam murarskie czynności, no zarabiał parę złotych i między innymi z tego też mógł się… rodzina mogła się utrzymywać. Żydzi zajmowali się no, przede wszystkim handlem, ale były też takie różne zawody. No, pamiętam, że kiedy potrzebne mi było ubranie, ojciec szedł do krawca, który przychodził do nas do domu, przynosił próbki materiałów, brał miarę, po dwóch, trzech dniach przynosił, mierzył czy to pasuje, czy nie pasuje, co tam jeszcze trzeba uzupełnić. No i po tygodniu garnitur miałem już na sobie. Dziwiłem się tylko, że wszyscy chodzą do Żyda sami, żeby tam uczestniczyć w zamówieniu, w robieniu przymiarki, no, ale ojciec miał takie kontakty dobre, że ten Żyd z chęcią do nas przychodził. Zawody inne: no to przeważnie, tam czasami piekarz, piekarnie były, a więc sklepy to w większości były żydowskie. Natomiast sklepy polskie, to najbliżej nas była prywatna piekarnia Polaka. Sporadycznie, jakieś gdzieniegdzie trafiał się polski sklep, a na ogół to wszystko było w rękach dość operatywnych Żydów. Niedaleko nas był młyn, więc pamiętam, Żydzi na furmankach do tego młyna wozili zboże, z powrotem z mąką wracali do piekarni.
Część III
D. K.: Czy może pan powiedzieć, czy młodzież żydowska chodziła też z Polakami do jednej szkoły, czy mieli własną? Jak wyglądały ogólnie stosunki miedzy tą młodzieżą polsko–żydowską?
Z. B.: Więc, pamiętam, że pierwszego września 39 roku zostałem zapisany do pierwszej klasy szkoły powszechnej – wtedy tak się nazywało. Klasa była na połowę podzielona jak gdyby: dzieci polskie i dzieci żydowskie chodziły do jednej klasy, czyli razem uczyliśmy się, razem bawili, razem mieliśmy różne zajęcia, jedynie religia to odbywała się oddzielnie. Zostawaliśmy w klasie, a w tym czasie dzieci żydowskie wychodziły do innego pomieszczenia i tam przyjmował ich, i z rabinami uczył ktoś. A więc religia była oddzielnie, a wszystkie pozostałe zajęcia były wspólne. Ale już w następnym roku dzieci żydowskie przestały chodzić do szkoły, nie wiem z jakich to przyczyn, ale wiadomo, że Niemcy sobie nie życzyli tego. I wtedy już pamiętam, że w były tylko dzieci, w szkole były dzieci wyłącznie polskie. Jeśli chodzi o kontakty z dziećmi żydowskimi, to na ogół były one dobre, ale czasami dzieci polskie, no, trochę ubliżały im, bo nie raz traktowały je jako troszeczkę dzieci, które z innej kasty pochodziły, ale to było tylko między dziećmi. Natomiast rodzice z ludnością żydowską zatargów żadnych nie mieli. Często nawet opowiadali, zapraszali na jakieś tam uroczystości do siebie. Także ojciec, pamiętam, zawsze opowiadał dość pozytywnie o kontaktach z Żydami.
D. K.: Czy pamięta pan może jakieś nazwiska, albo imiona młodzieży czy właśnie starszych Żydów?
Z. B.: Nie, imion, nazwisk nie pamiętam, chociaż mieszkali blisko. Pamiętam tylko te ceremonie żydowskie, bo mieszkaliśmy blisko cmentarza żydowskiego. Jakieś kilkanaście, kilkadziesiąt metrów od tego cmentarza żydowskiego. A w związku z tym droga tych zmarłych Żydów na cmentarz odbywała się w pobliżu naszego domu. Wiem tylko, że na marach zmarłego nieśli. Czterech Żydów na tych drążkach nieśli mary, na marach był zmarły osobnik owinięty w prześcieradło białe i twarz miał tylko widoczną. Obok niego szły zawsze kobiety, które płakały, a więc tak zwane płaczki. Były to takie grupki kilkunastoosobowe. I taka grupa niosła te mary i szły grupy tych płaczek. Była to taka dość przykra ceremonia. Był wykopany już jakiś tam dół i prawie w pozycji siedzącej zmarłego zasypywano w tej wykopanej ziemi. No, następnie były kamienne stele, czy tam, jak one? – macewy, ustawiane. Na starym cmentarzu miejsca już prawie brakowało na pochówki, więc przejęte zostały grunty, czy wykupione zostały grunty, od naszych sąsiadów, którzy w pobliżu cmentarza żydowskiego mieli swoje tereny, no i na tych nowych terenach odbywały się pochówki.
D. K.: A czy kojarzy może pan jeszcze jakieś inne takie miejsca właśnie specyficzne dla ludności żydowskiej, z których korzystali?
Z. B.: No, takich miejsc to tylko jedynie… Mieszkaliśmy blisko bóżnicy, więc te wszystkie uroczystości obserwowaliśmy i tylko widzieliśmy te zgromadzenia z okazji imprez religijnych, i ich świąt, jakie obchodzili Żydzi, ale innych takich miejsc, gdzie gromadziliby się Żydzi, to nie pamiętam.
D. K.: A czy rabina może pan pamięta? Czy był tam rabin na stałe?
Z. B.: Jego nie znam, nie widziałem, styku też nie miałem z nim, chociaż wiem, że taki był, bo obok bóżnicy był ten sad, dość ładny i właśnie podlegał on pod urząd rabina. Mieliśmy tam krowy i ojciec załatwiał zezwolenie na pasienie krów w sadzie żydowskim, tak zwanym kahalnym.
D. K.: Bywał pan na cmentarzu żydowskim. Ma pan jakieś wspomnienia związane z tym cmentarzem?
Z. B.: Na cmentarzu bywałem, chodziłem, dlatego że to było też takie miejsce zarośnięte czasami krzakami, wiec jeżeli potrzeba mi było coś wyciąć z tych krzaków, no to zawsze był dostęp do tego. Ale utrwalił mi się moment, chyba 42 roku, kiedy wyszedłem, żeby coś wyciąć, kawałek jakiegoś pręta leszczynowego, a wiedziałem, że w mieście słychać strzelaninę, a że cmentarz żydowski był kilkanaście metrów od naszego zabudowania, więc nic nie stało na przeszkodzie, żeby skorzystać jeszcze ze spaceru po tym kirkucie. I wtedy dwóch żołnierzy niemieckich z naprzeciw wyszło i tylko pytali: „Du bist Jude?” Pokręciłem głową, że nie, ale byłem bardzo przestraszony, bo wtedy wiedziałem, że to nie są jakieś żarty. I wtedy Niemcy poszli w jedną stronę, a ja szybko uciekłem do domu. Natomiast troszeczkę później, parę miesięcy, mieliśmy pole obok cmentarza żydowskiego. Pole leżało na takim terenie pagórkowatym. Cmentarz żydowski na jednym wzgórzu, a nasze pole na drugim wzgórzu. I wtedy, będąc na polu, usłyszeliśmy strzały. Wiedzieliśmy, że to Niemcy rozstrzeliwują grupy Żydów, bo wcześniej byłem świadkiem i widziałem, jak każdego dnia Niemcy wyłapywali Żydów i prowadzili takie grupy kilkunasto-, kilkudziesięcioosobowe na cmentarz żydowski i tam rozstrzeliwali, Żydzi byli rozstrzeliwani. Chociaż wcześniej jeszcze to Niemcy wyznaczali limit odstawianych Żydów do Bełżca, do obozu. Pamiętam jak urzędnicy żydowscy skarżyli się do ojca, że co kilka dni muszą odstawiać kilkunastu Żydów na furmanki podstawione, które odwoziły ich na stacje kolejową, a tam zostali oni włączani do wagonów towarowych i tymi wagonami odstawiani byli do Bełżca. Więc mówili, że na początku nie było problemów, bo odstawiali osoby chore, kalekie, względnie takie, które nie nadawały się do życia społecznego i im jakoś łatwiej było ten limit wyczerpać. Później narzekali, że nie ma kogo już odstawiać, że trzeba odstawiać czasami swoich kuzynów, znajomych, ludzi takich, którzy byli w pełni siły i zdrowia, i to im sprawiało trudność, kłopot, bo zarówno mówili: „Myśmy płakali, jak i te osoby, które musiały ten limit wyznaczyć”, a furmanki czekały i odwoziły co kilka dni ten limit tych Żydów do Bełżca, a wszyscy wiedzieli jaki los czeka ich w obozie w Bełżcu.
No i pewnego dnia właśnie, będąc z rodzicami w polu, obok cmentarza żydowskiego, usłyszeliśmy strzelaninę, więc ojciec od razu powiedział, że: „Zejdźmy w dół, parów, bo może się zdarzyć, że ktoś z Żydów ucieka i zanim mogą strzelać”. No i wtedy moglibyśmy zostać ranni. Przesiedzieliśmy około godziny, dokładnie nie pamiętam, na pewno tyle. Kiedy strzelanina ucichła, nastąpił powrót do domu. Do domu droga wiodła przez część cmentarza żydowskiego, bo pole było z jednej strony, a mieszkania nasze były z drugiej strony cmentarza, kirkutu. Przechodząc przez cmentarz, z ciekawości chcieliśmy zobaczyć, co się stało z tymi Żydami. Więc na środku tego cmentarza był teren niezagospodarowany i tam, na tym terenie, leżały rzędy zabitych ludzi, a więc tych kilkadziesiąt osób rzędami leżało na trawie i oni byli rozstrzelani, i tam zostali. Popatrzyliśmy i w tym momencie jedna z tych osób zaczęła się poruszać, więc zatrzymaliśmy się. Ta osoba uklękła, wstała, nas zobaczyła i w naszą stronę zaczęła iść. Żydówka poznała ojca, mówi: „Panie Bujnowski, ja nie żyć, ja nie żyć”. I mu pokazała przestrzeloną chustkę z tyłu. Na sobie miała taką wiejską, wełnianą grubą chustę i faktycznie ta chusta była przestrzelona, i ona jak leżała, więc kula widocznie przeszła obok serca, więc ojciec zaproponował, żeby została tutaj, że przyniesie jej jakiegoś pożywienia, bo mówi: „Pójdziesz do miasta, to cię zaraz zabiją”. Ale była w takim szoku, że ona musi do swojego, nie wiem, czy to Icka, nazywała, że ona musi do niego, bo on został w domu, że ona pójdzie. No i pomimo tego, nie przyjęła propozycji jakiegoś wyżywienia, pozostania tutaj przynajmniej do wieczora, żeby wieczorem mogła wrócić do domu, tylko prosto szła, bo ona musi natychmiast ze swoim mężem się spotkać. I obok naszego domu weszła na ulicę, poszła. Co się dalej stało – nie wiemy, ale wiemy tylko, że każdego dnia grupy Żydów były kierowane właśnie na cmentarz żydowski i tam były zabijane. Wykopywany był dół, który mógł mieścić kilkaset, pięćset, sześćset ciał tych zabitych, został zasypywany ziemią, następnie warstwą chyba dość grubą wapna palonego, no i później resztę wapna przysypywano również ziemią. Takich chyba grobów było cztery i piąty może był rozpoczęty. Z tym, że pierwszy grób czy dół, w nim były zakopywane, chowane ciała w ubraniach, tak jak Żydzi wyszli z domu, zostali tam położeni, zabici. Następna ekipa żydowska ściągała te ciała do dołów i zasypywała, ale przekonywano się, że w ubraniach Żydów znajdują się jakieś tam skarby, klejnoty, złoto. Zarówno w butach, jak i w ubraniach, zaszywane były pieniądze złote, czy jakieś złote łańcuszki, zegarki, jakieś inne złotości. Dlatego następne grupy, czy tam następne rozstrzeliwanie następnych tych Żydów, czy grup odbywało się w ten sposób, że w budynku drewnianym, w takiej szopie – kazano się Żydom rozbierać, wchodzić do tych dołów i w tych dołach byli rozstrzeliwani. Jako dzieci, z ciekawością, no bo jak usłyszeliśmy strzały, to uciekaliśmy, ale kiedy strzały ustawały, to podchodziliśmy, żeby zobaczyć, co się stało. I właśnie wtedy obserwowałem te doły czasami do połowy wypełnione nagimi ciałami zabitych Żydów, no a ubrania z tej szopy były wywożone furmankami gdzieś na posterunek i tam były gromadzone, i być może później Niemcy to jeszcze rewidowali, przeszukiwali.
D. K.: To wszystkich Żydów ze Szczebrzeszyna wywozili tam na cmentarz? Czy później jeszcze coś?
Z. B.: Więc ze Szczebrzeszyna to tylko takie limity były do tych furmanek, że kilkanaście furmanek stało, wypełniało tymi Żydami i odwozili na stację kolejową do Bełżca. Pozostałych, to myślę, że około dwóch tysięcy Żydów zostało zabitych tam na cmentarzu, w Szczebrzeszynie. Czyli ten pierwszy w ubraniach, a następne dwa, trzy groby, to były wypełnione ciałami Żydów zabitych, bo przez miesiąc, jakieś dwa, trzy trwały te egzekucje. Później, w końcowej fazie, to już prowadzone te grupy były coraz to mniejsze, a w ostatniej fazie, to pojedyncze osoby były gdzieś tam wynajdywane, prowadzone na ten cmentarz żydowski i tam były rozstrzeliwane.
D. K.: A czy słyszał pan o przypadkach Żydów, którzy byli ukrywani w polskich rodzinach?
Z. B.: Więc na terenie Szczebrzeszyna nie słyszałem o przechowywaniu, chociaż współczucie dla Żydów było duże, bo Polacy współczuli i oni [Żydzi] mówili, że „najpierw my, a później wy będziecie taki sam los mieli, że najpierw nas rozstrzeliwują, a później z wami to samo będzie”. I Polacy, lekarze dostarczali zarówno medykamenty, leki Żydom i przyjmowali ich pokątnie, bo nie wolno im było przyjąć do szpitala. Szpital był obok, więc wiem, że lekarze udzielali pomocy i wspierali ich, Żydów i okazywali duże współczucie. No, współczuli tego, co ich spotkało, bo wiedzieli, że z nami Niemcy też się nie obchodzą inaczej.
D. K.: A czy kojarzy pan, czy po wojnie jacyś Żydzi wracali do Szczebrzeszyna? Czy w pewien sposób odradzała się tam społeczność?
Z. B.: Więc po wojnie kilku Żydów przyjechało, było w Szczebrzeszynie, bo nawet jeden z nich zmarł i został pochowany z honorami w takim ładnym grobowcu, obok tych dołów, z tymi masowymi, no, tam gdzie były te masowe groby. Tam obok postawiono granitowy pomnik temu zmarłemu. Z tym, że po kilku miesiącach oni [Żydzi] gdzieś wyjechali i nie było takich, którzy by tam wrócili i zamieszkali.
D. K.: Chce pan może jeszcze coś dodać na koniec?
Z. B.: Jakieś bliżej, coś szczegółowe…
D. K.: Jeżeli przychodzi panu do głowy jakieś wspomnienie, może nie związane z tymi pytaniami.
Z. B.: No, jeśli chodzi może o kontakty dzieci żydowskich z dziećmi polskimi. To na ogół w szkole to te dzieci żydowskie były takie zróżnicowane. Część z nich, jako dzieci biednych rodzin żydowskich, to od razu było widać, że to biedota, ale dzieci tych Żydów bogatszych nie odróżniały się od dzieci polskich, bo polskie były bardziej zadbane, czyste, schludne i wtedy tamte chętnie kontaktowały się z nami. Natomiast ta biedota żydowska to była unikana przez dzieci polskie, no i na nich trochę się wyżywali, poniżali ich czasami, ale może tylko dlatego, że czuć było tę cebulę, czosnek i widać było niedostatek ubioru tych dzieci żydowskich, stąd właśnie te kontakty były coraz mniejsze, a raczej w ogóle ich nie unikano. Jedynie tylko chłopcy, czy Polacy, dzieci polskie, jak przechodziły, to spotykając te dzieci żydowskie, biedne, to domagali się, żeby czapki zdejmowali przed nami. „Hajde myce!” No i ci wtedy, siłą rzeczy, tę czapkę zdejmowali, żeby uniknąć innych nieprzyjemności. Ale tak, to raczej to były sporadyczne wybryki – jak to dzieci w tym wieku, że chcieli się trochę wyżyć, nie mieli na czym. A ci najbiedniejsi, to byli najmniej odporni na to wszystko, a bogatsi, to wiadomo, że mieli wpływy takie, że lepiej im się było nie narażać.
D. K.: Dziękuję panu bardzo.
Z. B.: Proszę.