Zofia Kościk: Nazywam się Zofia Kościk urodziłam się 10 maja 1929 roku w Szczebrzeszynie i moja rodzina pochodzi od początku ze Szczebrzeszyna.

 

D.K.: Czy może pani powiedzieć przed wojną jaki był stosunek ludności polskiej do żydowskiej czy były tutaj też inne mniejszości?

 

Z.K.: No może… tak jak ja pamiętam, to nie pamiętam złych rzeczy. Bo chodziłam do szkoły w mojej klasie była większości dzieci żydowskich, przyjaźniliśmy się. Już jak wspominałam dwie koleżanki Bergerówna i córka dentysty były bardzo wzorowe uczennice, pięknie mówiły po polsku przyjaźniłyśmy się. Chodziłam nawet do tej koleżanki jednej i do drugiej, jak były imieniny, to byłam zapraszana i uczyły się bardzo dobrze. Były bardzo ładne dziewczyny. Stosunek był bardzo życzliwy. Tak jak ja to pamiętam, tak jak ja to kojarzę.

 

D.K.: A jak duża była liczba tych mieszkańców żydowskich w stosunku do Polaków?

 

Z.K.: No tak jak bym dobrze chciała powiedzieć, a nie chciałabym wprowadzić w błąd, no... no trudno mi to powiedzieć, ale bardzo dużo, chyba 6 tysięcy tak jak może zapamiętałam, ale nie chcę…

 

D.K.: Ale 6 tysięcy mieszkańców żydowskich?

 

Z.K.: Tak, tak dużo było Żydów.

 

D.K.: To była jakaś połowa?

 

Z.K.: No raczej tak. Raczej tak. Raczej tak. Dużo było Żydów. No jak mówię, że wokół obecnego urzędu, dookoła placu Tadeusza Kościuszki to wszystkie domy były zamieszkiwane przez Żydów.

 

D.K.: A ta społeczność… a właśnie czy poza tym miejscem czy społeczność żydowska żyła w jakichś określonych częściach miasta tworzyła jakąś oddzielną dzielnicę czy raczej była wymieszana?

 

Z.K.: No raczej, raczej wymieszana, wymieszana. Żydzi raczej mieszkali według… no wokół siebie, wokół siebie. Tak.

 

D.K.: A jak, jeśli chodziło o zamożność grupy, czy Żydzi byli zamożni?

 

Z.K.: Oj byli, byli, byli bardzo bogaci i bardzo biedni, ale Żydzi się bardzo wspierali. Jeżeli była biedna rodzina, to bogaci pomagali, kochali się jak to nieraz takie przysłowie jest,  kochali się jak Żydzi, wspierali się bardzo. Bardzo się wspierali. Poza tym wierzyli w pieniądze, może warunki materialne mieli słabe, ale kochali pieniądze i zajmowali się bardzo handlem. Byle czym handlowali. Nawet, pamiętam jak w rynku Żydówka taka starsza, miała taki garnek i w garnku węgiel, i grzała sobie ręce, żeby jej nie zamarzły, i sprzedawała zapałki. Handlowali mieli właściwie wielki zmysł do handlu. No dużo było sklepów żydowskich, więcej było żydowskich sklepów jak polskich. W Szczebrzeszynie. Poza tym zajmowali się handlem, kupiectwem, dużo było krawców, krawcowe Żydówki były, która mnie zawsze szyła sukienki ładne. No nawet pamiętam takiego Żyda, miał taki wózek i trocha szkła, i potrafił wyjechać nawet poza miasto, i tam dawał taki sygnał, że komuś może szyba wypadła, może komuś trzeba zreperować. Albo inny Żyd ostrzył nożyczki. Też dawał taki znak, że jedzie i komu naostrzyć nożyczki. Dla mnie oni byli bardzo życzliwi, dla mnie byli serdeczni Żydzi.

 

D.K.: Właśnie, a jak wyglądają stosunki Pani rodziny z Żydami.

 

Z.K.: Ooo, bardzo życzliwe, bardzo serdeczne myśmy mieli takie trzy domy, moi rodzice, i w każdym domu mieszkała rodzina żydowska. Byli uczciwi, płacili, nie zalegali w długach, byli właściwie zgodni, no dla mnie to życzliwi byli, ja miałam stosunek do nich bardzo życzliwy, bardzo serdeczny. No oni na święta wierzyli w te mace, to jak oni nas częstowali, to my byłyśmy takie chętne, żeby to dostać mace od Żydów, tylko były takie postrachy, że na zatyłach z daleka od Żydów, bo Żydzi łapali biedne małe dzieci i zabijali, i krew jeno pobierali, i łączyli z tą macą. To nie prawda, to nie prawda może rodzice tylko tak mówili: „Oj, oj, nie idź na zatyły, bo cię tam Żydzi złapią i krew ci zabiorą na macę. Na macę”. Modlili się, bardzo byli, co mnie właściwie bardzo interesowało, wierzący i czcili. W piątek był taki Żyd, który miał taki młotek drewniany i wieczorem chodził do każdego domu, oczywiście tam, gdzie mieszkała rodzina żydowska i stukał, dawał znać, że zaczyna się szabat i podczas szabatu, to im nie wolno było właściwie niczego wykonywać, nawet stawali sobie pod kuchnią wołali Polki, żeby rozpalały ogień, że to jest wielkie święto, wielki kult. Modlili się bardzo. Bardzo się modlili, dla mnie to był bardzo wierzący naród i wierzyli, czcili to święto. No... co pamiętam jeszcze? Pamiętam, jak byłam małym dzieckiem. jak umarła Żydówka, albo Żyd, no to nieśli na takich noszach i strasznie płaczki płakały ojojojojojojoj toż na cale miasto, to chyba było w ich zwyczaju taki płacz, taka rozpacz, że ktoś umarł.

 

D.K.: A jeszcze, czy pamięta pani, czy młodzież żydowska chodziła do oddzielnej szkoły, czy była wspólna szkoła?

 

Z.K.: Nie! No właśnie mowię, właśnie mowię. W mojej klasie, a skończyłam trzy klasy: pierwsza, druga i trzecia, to większość była dzieci żydowskich, jak polskich w mojej klasie. Nie było oddzielnych klas i moją wychowawczynią była też bardzo ładna nauczycielka, Małka Chojcówna, pochodzenia żydowskiego, ale płynnie mówiła. Nie było to różnicy, czy to Żydówka, że to mogłam ja się zdziwić, dlaczego to uczy mnie Żydówka ja bardzo lubiłam, bardzo ładna była. I zginęła w tym... ohh, oj taki wielki... no ten za Biłgorajem, jak to się nazywa ta miejscowość? Bo to tam tak Żydów bili strasznie, Boże wyszło mi z pamięci. Aha. W Bełżcu, w Bełżcu, w Bełżcu.

 

D.K.: W Bełżcu.

 

Z.K.: No tutaj mogę przeczytać żydowskie rodziny, które zajmowały stanowiska wysokie.

 

D.K.: No jak Pani pamięta nazwiska to bardzo chętnie.

 

Z.K.: Ajzel, Ajzel właściciel składu bawełnianego, miał bardzo bogaty sklep, bardzo bogaty sklep i właśnie w tym domu, który należał połowę do nas, a połowę do Żydów, to mieszkał tam Ajzel i miał bardzo, no w tym sklepie, to było bogactwo, jak na przedwojenne czasy sklepiki takie ubogie, a tam były i materiały bardzo bogate, różne i dywany, i chodniki, i firanki, jeden z najbogatszych sklepów. I na moich oczach gestapowcy go zabili. Wyciągnęli go z jego mieszkania, on uciekał i tak na podwórzu, i tak widziałam na własne, na własne oczy, jak został zamordowany. Potem Bronstein, to jest stomatolog, to jest ojciec tej mojej Izy, koleżanki. Bardzo ładna dziewczynka. Ojciec był stomatologiem i żona. Potem był Etenberg Symcha, felczerem był. Noo kultura. Jeżeli chodzi o medycynę, to biednie było w Szczebrzeszynie, było dwóch lekarzy i nie mieli specjalnych specjalizacji. No to jak ten Żyd był felczerem i nie brał za dużo pieniędzy, to wszyscy garnęli się do niego i wierzyli w niego. Ciężkie były czasy. A kto chorował i nie miał pieniędzy, to nie szedł do lekarza. Prywatne były wizyty. Był doktor… u nas, no to od wszystkiego leczył, wszystkiego i dziecinne choroby, i starsze choroby, i płuca, i wszystko. Nie miał ktoś pieniędzy, to nie szedł do lekarza. To nie tak jak dzisiaj narzekają i narzekają, ale i tak ciężkie operacje przechodzą, ale i też bezpłatnie, a przed wojną umierali ludzie. Nie było pieniędzy na wizytę, to nie szedł, to nie szedł, bo trzeba było zapłacić.

 

 

 

Z.K.: I tak jeszcze zapamiętałam, myślę sobie, to jak Pan będzie zainteresowany to jeszcze powiem. Etenberg to był Symcha, felczerem był przed wojną. Ferszt, kupiec ze Szczebrzeszyna, miał taki wózek i rozwoził towar. W mieście nie musiał, ale jak na wieś pojechał, jak tam miał coś takiego do niego i oni bardzo byli zainteresowani handlem, i raczej z tego żyli. Raczej z tego żyli. Potem Gejsz skład apteczny miał, a Goldman też mieszkał w moim tym domu, miał sklep, taki spożywczy i chyba to już opowiadałam, że dzisiaj to lody są różnego smaku, a ja byłam świadkiem, jak on te lody robił, bo ja byłam taka zainteresowana. Miał taką puszkę, taką żelazną i beczkę drewnianą, i dookoła tej beczki był lód. Lodówek nie było. I miał taką kolbę, i kręcił, jakie to były te lody, jaki to był smak. A jeszcze pytałam go, byłam taka zainteresowana: mleko, cukier, jajka trochę zapachu i to były lody, ah to był luksus. Miał taką malutką foremeczkę, jak to potem dzielił. Dla dzieci przed wojną słodycze i czekolada, to to nie było udostępnione. Naprawdę. Kto jadł czekolady? Kto jak cukierki? Nie było tak. Naprawdę. A dzisiaj jak pomyśle, a porównuje dawne czasy to Boże, to nieraz mi się wydaje, że to sen. Bieda była. Dzieci się przyglądały, patrzyły… pamiętam przyjeżdżała hrabina Zamoyska do sklepu do pana Kołłątaja. I ten sklep należał do niego, i też miał swoje lody w sklepie, swojego wyrobu, swoje robił. I jak ta pani hrabina tam się zatrzymywała, i córki wyszły, i jadły te lody, ale były tak właściwie serdeczne, że dzieliły się. Jak tak dziecko stanęło biedne, ja nie należałam do takich biednych dzieci, bo cale szczęście, że warunki materialne były dość dobre, a dzieci się przyglądały, tam dostały cukierka od czegoś to ho ho ho, to wielka radość była, to wielka radość. Tak nie narzekam na te czasy, bo pamiętam te przedwojenne czasy. Co tam jeszcze by ciekawego? A, a o Grojserze. Nie jest znana ta sprawa panu?

 

D.K.: Niech pani opowie.

 

Z.K.: To był taki biedny Żyd, pochodził z bardzo bogatej rodziny, i jak siedemnastego września wkroczyły wojska te radzieckie, no to oni się bali i dużo Żydów uciekło i on uciekł do Rosji. Potem dostał się do armii Andersa i walczył pod Monte Cassino, i został ranny, chyba w głowę. I potem, jak wrócił do Polski, to troszeczku, właściwie, nie bardzo był sprawny umysłowo, ale był bardzo dobrym uczciwym Żydem. Wszyscy w Szczebrzeszynie go kochali. Najpierw pracował w lemoniadziarni. Był tak uczciwy, że nie wiem. Potem miał taki sklepik. Założył sobie w rynku, ale był tak uczciwy, że jak wyszedł to wchodzili niektórzy, nieuczciwi ludzie zabierali mu towar i on zbankrutował. I nie pracował w tym sklepiku, bo mu nie wyszło to. No i znowu wrócił do lemoniadziarni. Rozwoził lemoniadę i taki był zmęczony nie raz jak ktoś mu chciał pomoc, żeby wieźć, mówił „ja za to pieniążki biorę. Ja jestem solidny. Ja muszę być uczciwy.” No i takie było zdanie z moją mamą spotkał się i opowiadał na temat swojej sytuacji, i mówił, nigdy nie narzekał, mówił „mnie jest dobrze”, a jeszcze takie powiedzenie było „ja bym chciał, aby wszystkim było dobrze”, czyli bardzo uczciwy, bardzo mile wspominam tego Grojsera, bardzo. Chodził skromnie ubrany, dzieci go lubiły bardzo. Ciężko pracował i tutaj to jest jego mogiłka na cmentarzu, i no bardzo jest zainteresowana taka ekipa żydowska. Przyjeżdżają, odwiedzają, dekorują i pozostawił bardzo miłą opinię po sobie, bardzo miłą opinię po sobie. A jeżeli chodzi o Żydów, to była masakra według mnie, masakra. To była naprawdę. Ja dzisiaj patrzę jak takimi olbrzymimi gromadami zatrzymywali ich w jednym miejscu i prowadzili na ten ich cmentarz. Potem byłam też świadkiem, jak, jako dziecko, biegłam, a takie olbrzymie doły, doły…

 

D.K.: Koło cmentarza?

 

Z.K.: …i gołe te ciała, tak, masę tego było. Może ten pierwszy moment to był taki straszny, ale potem myśmy się chyba przyzwyczaili do tych nieszczęść, że tak powiem. A na naszym podwórzu, to troszkę dalej, mieszkała rodzina żydowska i mieszkali bardzo w takich skromnych warunkach, i taka łąka była, i gospodarz tego domu. No co miał zrobić? Wynosił te trupy, takie dzieci, taka kupa tych dzieci, potem podjeżdżały wozy i zabierali na ten. No, a w moim osobistym domu, jak już zaznaczyłam, trzy domy, mieszkała krawcowa i trzy Żydówki, i akurat weszli do domu naszego tłumaczymy, że my jesteśmy Polakami pokazaliśmy obraz, a więcej nic nie tłumaczyliśmy. I następny dom ten taki mniejszy, to słyszałam odgłosy, strzały i piski. To znaczy matka i trzy Żydówki. Zresztą szło się do szkoły to widać było mała szkółka, nie wiem czy państwu coś mówi.  Tutaj jest… chodziłam do małej szkółki. Przed tą małą szkółką był taki plac, też obława była na Żydów. Idziemy do szkoły, a tu patrzymy Żydówka, kręcone włosy takie, leży, a tu mózg rozlany. Także ja się napatrzyłam na te dużo, dużo tych przykrych bardzo przykrych rzeczy. Smutne to było. Bardzo. Masakra była to okrutna. To powinno być pomszczone. Ale dlaczego ich tak mordowali? Bardzo. Dzieci najgorsze maleńkie. A jeszcze byłam takim świadkiem, jak też mieszkała u nas taka Żydówka, pochodziła z Zamościa, bo ją tu przesiedlili i takiego ślicznego synka miała, kręcone włosy takie, to piękne dziecko… i wywieźli ich do Bełżca. Ja długo nie mogłam zapomnieć… tego do dzisiejszego dnia widzę oczy tego pięknego chłopczyka. Mordy były okrutne dla mnie to było to okropne. Straszne to było..

 

D.K.: Czy po tych mordach została jeszcze jakaś społeczność żydowska w Szczebrzeszynie?

 

Z.K.: To znaczy mało kto pozostał mało, mało… właściwie wybili. No ci chyba się uratowali, którzy uciekli w ten czas z tym.

 

D.K.: Z Amią Czerwoną.

 

Z.K.: Tak.

 

Część 2

Daniel Krzaczkowski: Czy jeszcze może Pani powiedzieć jak Pani pamięta synagogę w Szczebrzeszynie?

 

Zofia Kościk: No spaliła się prawda. Niemcy podpalili. To trudno powiedzieć czy… Według książki doktora Klukowskiego, że to Żydzi mieli spalić sami, ale nie przepuszczam, żeby sami podpalali. No tam zaglądałyśmy jak, jako dzieci jak się modlili, no te modlitwy były zupełnie odmienne od naszych, prawda? Modlili się, wierni byli. No czcili swoje święto bardzo, szanowali.

 

D.K.: A czy pamięta pani w Szczebrzeszynie jeszcze jakieś inne budynki, które typowo wiązały się właśnie z działalnością żydowską, może jakąś mykwę albo szkoły żydowskie, jakiś heder.

 

Z.K.: Nie było szkoły żydowskiej. Wszystkie dzieci ze Szczebrzeszyna pochodzenia żydowskiego chodziły do szkoły normalnie. Pięknie. Nie zorientowałam się. Nie mogę powiedzieć, żeby miały jakiś akcent żydowski. Zupełnie po polsku pięknie mówiły. No w mojej klasie, to była większość Żydów, Żydówek. Na palcach mogę wyliczyć kto był żydowskiego pochodzenia.

 

Z.K.: Tu rzeka była bardziej teraz dostępna. No i tam mnie też ktoś pytał, jak to dzieci spędzały wakacje. Tak? Nie było rozrywki, jedyna rozrywka to była kąpiel nad rzeka Wieprz, i chodzenie do lasu, zbieranie jagód. Nie było mowy o żadnych koloniach, żadnych wycieczkach. Nawet w szkole kiedy… no może w gimnazjum to było, w gimnazjum to pamiętam, że mój brat był w pierwszej klasie.. nie! W trzeciej klasie gimnazjum, tuż przed samą wojną, i była wycieczka do Gdyni. To było marzenie ogromne. No i szybko wracali, bo już takie były rozruchy wojenne, wojenne były rozruchy.

 

Teresa Klimowicz: A pamięta Pani może jakieś zabawy? W sensie tych dzieci w lesie prawdopodobnie…?

 

Z.K.: W szkole?

 

T.K.: Nie, nie. Właśnie w wakacje, czy były jakieś zabawy? Bo prawda dzieci się bawią w różne rzeczy.

 

Z.K.: Ale skąd że, skąd że. No teraz przecież … to organizują takie spotkania. Nic nie było.

 

T.K.: Ale oprócz zbierania jagód. To co państwo w tym lesie robili? Gdzie? Jakieś w ganianego, chowanego czy w co się państwo bawili?

 

Z.K.: O Jezu! No właśnie, no powiem. Jedyna rozrywka. He he to były ten fajerka. Jezu! Co wy nie wiecie państwo co to jest? Nie?

 

D.K.: Nie.

 

T.K.: Ja wiem.

 

Z.K.: No kuchnia i ma te fajerki, nie? Noo. I druta kawałeczek, i kawałeczek drewna, i i taka hulajnoga była. To taka była zabawa. To taka była zabawa. No w kiczki… w pił… aa piłka była niedostępna.

 

T.K.: A co to? A co to jest to w kiczki? W kiczki? Tak?

 

Z.K.: W kiczki. Tak.

 

T.K.: Co? Jak to jest? Na czym to polega?

 

Z.K.: A no rzucało się takie patyki były i rzucało się na odległość. Na odległość tak. No. Gdzież tam zabawa była… Boże. Żadnej zabawy nie było. W chowanego się bawiliśmy się. No może w starszych klasach, no piąta, szósta, no to harcerstwo istniało, bo tutaj była bardzo znana nauczycielka, patriotka Zofia Sas-Jaworska, która była komendantką tego tej organizacji, to organizowała różne obozy, wycieczki, rajdy, no to w starszych klasach. A te młodsze dzieci, to jedyna rozrywka to, to zabawa na boisku, na podwórzu w chowanego, w skutego. Piłka była niedostępna, kto tam miał piłkę.

 

T.K.: A czy żydowscy sąsiedzi pani koledzy tez się bawili w tym?

 

Z.K.: Myśmy się bawili, myśmy się bawili.

 

T.K.: Wszyscy razem?

 

Z.K.: Myśmy się bawili. Oj tam były takie odruchy, że tam bij Żyda krzyczeli tam.. no to i  dzisiaj jest chuligaństwo. I dzisiaj właściwie ma się nienawiść prawda? Ale przed wojna ja tego nie odczulam. Ja tego nie odczulam. Ja się wychowywałam wśród Żydów.

 

D.K.: A pamięta Pani może rabina tutaj w Szczebrzeszynie?

 

Z.K.: Z widzenia pamiętam, pamiętam, ale…

 

D.K.: Nie wie pani jak się nazywał?

 

Z.K.: No nie, to trudno powiedzieć. To zresztą to...  to były trudne czasy, prawda? Trudne były. Rabin to wielka szycha była. Wielka szycha.

 

D.K.: A jeszcze... Czy kojarzy pani jakichś ludzi tutaj, czy byli którzy w trakcie wojny ukrywali Żydów?

 

Z.K.: Tu w Szczebrzeszynie, no wielka kara była. To był rzadki wypadek. No śmierć. Śmierć. Strzelali za ukrycie Żyda. To było, było nie do pomyślenia, nie do pomyślenia.

 

D.K.: Czy kojarzy Pani przypadki kiedy kogoś złapali na ukrywaniu się, rozstrzelali albo komuś faktycznie udało się przechować…?

 

Z.K.: No nie, nie było takiego przypadku, bo tutaj bardzo, to było małe miasteczko. Wszyscy się znali jeden drugiego się bał, nawet i Polacy mogli wydać. Przecież to była okrutna śmierć. Na miejscu rozstrzeliwali.

 

D.K.: Nie kojarzy Pani też przypadku, że udało się przechować kogoś?

 

Z.K.: No niby, niby były takie pogłoski, że byli ukryci Żydzi, a Niemcy ich znaleźli. Ktoś musiał wydać. Ale było to powiedziane kto to, to do tego nie doszło. Ale były takie przypadki, że ukryci byli, ale jak oni mogli się długo ukryć? Oni przeważnie uciekali do lasu za Wrocką Górę, to jak długo tam mogli się utrzymać? Jak długo mogli się utrzymać? Ukrywali się. Dla mnie to była okropna wojna.

 

D.K.: Niech mi tylko jeszcze Pani powie, tak po wojnie, jak to wyglądało, czy jakoś ci Żydzi, którzy przeżyli, którzy opuścili wcześniej. Oni wracali tutaj?

 

Z.K.: Oj, no to była taka sprawa. Jak przyjeżdżali ci Żydzi, no rożnie to było. W jakich krajach nazywali to ten... Izrael. No to sprzedawali swoje domy. Dużo takich domów jest sprzedanych. Nawet mój dom, to połowa była do Żydów. No na samym początku ulicy Zamojskiej, a druga połowa należała do Żydów. No to przyjechała jakaś tam obca, obca rodzina i sprzedawali. Wszystkie domy są sprzedane. Wszystkie.

 

D.K.: Czyli jakoś po wojnie nie pozostała tutaj jakaś grupa Żydów, która dalej mieszkała w Szczebrzeszynie?

 

Z.K.: No nie. Nikt nie pozostał. Nie, nie, nie pozostał. To znikoma ilość, no ten Grojcer się utrzymał, i to wszystko bardzo mało. Noo bardzo dużo zginęło.

 

D.K.: A czy kojarzy pani takich mieszkańców Szczebrzeszyna, którzy opuścili wcześniej Szczebrzeszyn i przeżyli, a później po wojnie wrócili chociaż na chwile i wiadomo, że oni po prostu przeżyli?

 

Z.K.: Nie, nie. Nie było takich. Nie było. Właściwie zginęło bardzo dużo. Wracała daleka rodzina. Daleka, daleka rodzina. No na przykład mogli być brat, mogła być cioteczna jakaś siostra, czyli sprzedawali te domy, wszystkie sprzedane. Tutaj, nie znacie państwo Szczebrzeszyna? Taki duży okazały dom, taki tam jest sklep po schodkach. Największa kamienica. Taka siwa, taka, no to przyjechał ktoś z rodziny i sprzedał. No i tutaj gdzie ja mieszkam, ten dom, tez przyjechała jakaś...., no musiała być upoważniona, że sprzedała ten dom. Nikt nie wrócił. Ci co uciekli, nikt nie wrócił. I już nie został w Szczebrzeszynie. Nie.

 

T.K.: A kiedy przyjeżdżali sprzedawać to ten…?

 

Z.K.: No zaraz, jak się wojna skończyła. Zaraz, zaraz, zaraz, zaraz przyjeżdżali.

 

D.K.: Czyli to była jakaś rodzina tych, co tu mieszkali?

 

Z.K.: Tak, tak, tak. Noo była, była taka sytuacja, że ktoś uciekł prawda, ktoś uciekł i ocalał. A ci co zostali, no to zginęli, no prawie tu tak, nikt tak nie ocalał. Ci co zostali to zginęli. To dużo, bardzo dużo tych osób. Potem pamiętam, jak Niemcy się bali tego w ostatnich dniach, kiedy się już wojna kończyła, jak zabierali te ciała…

 

D.K.: Które ciała? Z cmentarza?

 

Z.K.: No żydowskie..

 

D.K.: I co z nimi robili?

 

Z.K.: A wywozili, wywozili. Bali się jednak Niemcy tego.

 

D.K.: Nie wiadomo gdzie?

 

Z.K.: Nie, nie. A jeżeli chodzi o tego, o nikt nie powrócił... Na przykład jak Pan mnie pytał czy mieszkał w Szczebrzeszynie, miał swój dom, i czy wrócił, czy mieszkał? Nie, nie. Dalekie os.. rodz… rodzina przyjeżdżała sprzedawała te domy. Sprzedane, sprzedane. Prawie każdy kupił dom. Może i za bezcen. Za bezcen.

 

D.K.: Masz jeszcze jakieś pytania?

 

T.K.: Wspomniała Pani jeszcze o egzekucji na jakiejś prywatnej łące?

 

Z.K.: To znaczy w domach, w domu wybili, a gospodarz wyjmował te dzieciaki i układał na łące o taki dosłownie stos, stos.

 

T.K.: I co się później stało z nimi?

 

Z.K.: Noo były w ten... były... jak to nazywać przymusowe wywożenie. Ktoś tam dostał nakaz i musieli wywozić.

 

T.K.: I też nie wiadomo?

 

Z.K.: Na ten, na na ten cmentarz żydowski…

 

T.K.: Na cmentarz.

 

Z.K.: Na ten cmentarz żydowski. Dużo ja się napatrzyłam naprawdę, na bardzo dużo.