Daniel Krzaczkowski: Czy mógłbym prosić na początku, żeby pani się przedstawiła i powiedziała kiedy się urodziła i gdzie?

Halina Błaszczyk: Urodziłam się ósmy, czwarty, tysiąc dziewięćset dwadzieścia dziewięć rok. Błaszczyk Halina.

D. K.: Czy może pani powiedzieć jakie pani ma wspomnienia, jak wspomina społeczność żydowską w Izbicy?

H. B.: No, mieszkaliśmy, obok nas, obok naszego domu, to z trzech stron były rodziny żydowskie, domy żydowskie były. No, chodziłam z jedną do szkoły, z dziewczynką, z drugą chodziłam. Ja nie pamiętam, chłopcy to chyba nie chodzili do szkoły naszej, tylko do tamtej ich, tak? Nie wie pan tyle?

D. K.: Różnie, różnie. Na przykład w Zamościu chodzili zarówno do szkoły typowo żydowskiej, jak i też do ogólnej.

H. B.: No właśnie była ta żydowska, to pamiętam. A jakoś nie pamiętam czy chłopcy chodzili, czy nie. Wiem, że dziewczyny siedziały, takie czarne włosy zawsze miały, wszyscy chodziły poniektórych, bo to bieda była, bieda była, bo przecież oni nie mieli żadnych warunków, żadnych warunków! Skąd mieli mieć? Jak sklepy zamknięte, wszystko im zabrali. Mieli, jak to się nazywa? No, co skóry wyrabiają, skóry wyrabiają. Garbarnia.

D. K.: Tak, garbarnia.

H. B.: Garbarnie mieli. Mieli, no bo moi rodzice też mieli młyn, siódmy. Siedem młynów w Izbicy. To jeden nasz i jeden hrabiego, ale za rzeką, na prawo. Jak pan był w Tarnogórze, to pan widział do sprzedania ten budynek, on się rozleci jeszcze trochę. To był młyn hrabiego. To było dwa. No to pięć było żydowskich młynów. Bo to kiedyś, to nie tak jak teraz, że każdy szedł, kupił, załóżmy, chleb czy bułeczkę w sklepie. Kiedyś to wszystko się piekło, w domu trzeba było robić, dlatego tyle tych młynów było u nas. I im to wszystko zabrali. To było zapieczętowane, koniec! Sklepy też. Nie mieli nic. I tak chodzili, sprzedawali coś tam. Najgorzej to ci zagraniczni, bo oni, jak ich tu przywieźli, nic nie mieli. To tam gdzie miał… Nawet kosmetyki to nosili te Żydówki, sprzedawali. To z Francji byli. Takie ładne mieli, pamiętam, tam kosmetyki różne. No, ale to trzeba było żyć z czegoś, prawda? No i tam był chłód, głód. Na wiosnę, jak tylko taka, jak się nazywa? Lebioda się nazywa, rośnie takie coś, jak szpinak mniej więcej tak się robi. Tego nie było nigdzie jak tylko na łące, nigdzie. Oni chodzili, czy szczaw, czy co, to wszystko było wyrwane, wyzbierane i tak chodzili, chodzili. No do nas, to dużo przychodziło ze względu na to, że ten młyn był, to tam trochę mąki się dało na coś, na kluseczki, na co. No, a ten, co się u nas później ukrył, to z kolei jego matka jeszcze przed wojną i z początku, i w czasie wojny sprzedawała, robiła, u Żydów były modne takie placki z cebulą, to te placki z cebulą napiekła. Ojca on nie miał, ojciec nie żył, tylko brat i on. I on przychodził do młyna właśnie po tę mąkę do nas, tam zawsze dostał od ojca. No i ja może nie na temat mówię? Ja jestem gadatliwa, zacznę gadać...

D. K.: Nie, nie. Może pani powiedzieć jak wyglądał stosunek liczby ludność żydowskiej do polskiej przed wojną w Izbicy?

H. B.: No, wie pan w sumie to tak: Izbica to też tam mieszkało trochę ludności na górze, jak już wyjedziemy na górę, tam, prawda, jak do Krasnegostawu. No to tam mieli gospodarstwa rolne, ale małe. A w samym, tutaj, na dole, to był biedny człowiek. Na przykład sobota, to u Żydów był ten szabas, i Żyd sobie sam nie zapalał pieca, tylko Polak. To już jak sobota, to byli tacy biedni, pamiętam, nasz sąsiad dalszy taki i tego, to czekał na sobotę, „to sobie zarobię, bo pójdę”, to się mówiło „grubki palę, grubki palę u Żydów”. Grubki, to tam drzewo, to, to, to tamto i tak o. Ja nie wiem, specjalnie nie było jakichś awantur między moim zdaniem. To było nas mało Polaków w sumie. Co to jest dziesięć procent? Nie było dużo. I tak to było.

D. K.: No a może coś więcej pani powie o stosunkach właśnie między Polakami a Żydami? Jak żyły te dwie społeczności koło siebie?

H. B.: No to wie pan. No, no, no to tak się żyło tak samo jak ja wiem? No myśmy tak żyli dobrze, bo ja z tymi Żydówkami, bawiłyśmy się, do szkoły chodziłyśmy, trzy Żydówki były, ale w pierwszej łapance zaraz ich zabrali wszystkich. Rodziców i te trzy dziewczynki. Także ja tam, ja specjalnie nie widziałam jakichś awantur czy coś. No i dużo pomagali Polacy przecież, dużo, bo oni chodzili, chodzili, oni prosili, no bo przecież, no głodny, z głodu, a jeszcze, co gorsze, to tyfus przecież był, tyfus, a Niemcy się bali. To na domu było napisane, ale musiało być potwierdzone przez gminę i przez Niemca, że rzeczywiście tyfus, to już nie wszedł Niemiec. A, co to z tego! Straszne to było, straszne!

D. K.: W Izbicy funkcjonowała jedna synagoga. Pamięta ją pani?

H. B.: Synagogę?

D. K.: Tak.

H. B.: No gdzież nie? Pod górą tu. Jak już prawie mijamy Izbicę – na prawo jest kirkut, a na lewo dróżka i tam był, pod górą synagoga była. A tutaj bliżej, bliżej Blatta, następnej takiej ulicy to była ta szkoła, mówili żydowska właśnie. A to Niemcy rozebrali, to to było z drzewa, bo ta synagoga była murowana, duży taki budynek. Ale później, to tak: jakoś to tak się złożyło, że Niemcy jak… Sztab niemiecki to był tu, za rzeką, w Tarnogórze u hrabiego. I jak już się zbliżał tu front, to oni uciekali, Niemcy, tak? Uciekali. I wysadzali niektóre, na przykład koło naszego domu był taki plac, ale to nie ten, co myśmy koło niego wtedy mieszkali, ale teraz, tutaj w mieście. I oni ogrodzili, ale to była łaźnia żydowska, łaźnia żydowska. Więc łaźnię zlikwidowali, wysadzili ten budynek, ogrodzili drutami i zwozili butle z gazem. Przed samym końcem. I później właśnie, jak uciekali już, uciekali, bo oni jak uciekali, to szosą, gnali krowy na przykład, mnóstwo krów szło tak, wszystko brali, gdzie co się popadło. Tylko tam nie wiem jak daleko doszło to. I wtedy wysadzili właśnie, częściowo tylko, bożnice, częściowo, bo po wojnie ona się nie nadawała już później. Zresztą na co komu to było? I ludzie rozebrali to, ale to Niemcy zaczęli ją tam burzyć. Wysadzili właśnie to miejsce, bo nas z Izbicy wygnali Niemcy, kazali uciekać. Myśmy uciekali tam za Izbicę, w las, na Zalesie, uciekliśmy na sam, jak wchodzili. No i tak to było, tak to było. Wysadzili, wysadzili, a w tej Dąbrowie, wie pan, jak znowu jak się jedzie z Izbicy do Krasnegostawu jest lasek z lewej strony.

D. K.: Jest.

H. B.: To tam mieli amunicję, takie były. A to wysadzali! To było. No myśmy w tym lesie, na Zalesiu byli, to calutka noc, to były takie detonacje straszne, że tam takie domy na wsi, na tym Zalesiu, że byliśmy w domu, to z sufitu leciały te, wapno leciało. Tak, straszne detonacje były tam. I oni wysadzali wszystko po kolei. Most przecież, mosty wysadzili! Pierwszy nazywał się czerwony most, to hrabia miał tutaj, żeby jechać tam, z tego, na Maliniec. Tu, na Malińcu, nie wiem czy pan wie, na prawo.

D. K.: Mniej więcej kojarzę.

H. B.: Na prawo, Maliniec. No to tam mieszkali Furnale, się nazywali pracownicy u Hrabiego. To miał łąki i tak dalej, także jeździł tym czerwonym. To ten czerwony nieodbudowany most, nie ma go. A ten główny właśnie, koło młyna wysadzony był, nie było mostu, drugi był wysadzony. I tak uciekali, uciekali. I na wieży, na przykład na kościele siedział Niemiec i obserwował, i coś tam chyba strzelał nawet z tej wieży, ale gdzie? Nie wiem, nie wiem. A znowu myśmy byli na Zalesiu, to był akurat, zboża takie były, tak? I w te zboża te katiusze przyjechały. Jejku! My jesteśmy w takiej, no, taka, jak się nazywa? W lesie, w takim dole, no po prostu taka droga na dół, a nad nami katiusze, to tak strasznie było! Fiu! Fiu! Ech, co to było! A Niemcy do nich, ale Niemcy uciekali, mało się… Oni więcej tutaj już Ruskie, szybko tutaj przygnali ich z Izbicy. Dwie noce siedzieliśmy tam tylko i wróciliśmy. Zniszczone mosty były, leżeli Niemcy zabici oczywiście, tam ich chowali i Ruskich trochę pobili, bo nad na mi na przykład był ten jakiś tam, nie wiem, no stały te armaty, czort go wie co. To później krzyczeli, że Rusków zabili gdzieś tam. Też się odszczekiwali trochę. A Niemców to leżało, to ich pochowali – najpierw tutaj, gdzie teraz jest taki park, tu w środku Izbicy, a drugich – nad rzeką tam, nad Wieprzem [niezrozumiałe]. Ale gdzieś ich później pozabierali, nie wiem. Tak to było. Co tam pan jeszcze ma? Strasznie dużo punktów, a ja gadam!

D. K.: Nie, bardzo dobrze! Może pamięta pani jeszcze jakichś innych ludzi z Izbicy, jakieś nazwiska, może rabina? Czy cadyka może?

H. B.: O holender! Rabina to często widziałam, bo on mieszkał tak w mieście, przy głównej tej dom rabina stoi. Stoi dom rabina. A to tutaj właśnie jak się jedzie, już jak się mija ten rynek jest, nie? Jak jest tutaj ten park i tu już ta dalsza droga, to na lewo, to taki duży dom, to rabina. No to widziałam, rabin latał z brodą. Rabe, rabe!

D. K.: Czy może pani opowiedzieć o wydarzeniach, które miały miejsce na cmentarzu w Izbicy?

H. B.: O czym? Bo ja trochę…

D. K.: Czy może pani opowiedzieć o wydarzeniach, które miały miejsce na cmentarzu w Izbicy?

H. B.: Kiedy?

D. K.: W czasie getta, kiedy getto funkcjonowało. Chodzi mi o te, w zasadzie masowe mordy, do którego doszło.

H. B.:  No to znaczy, oni w Izbicy, oni z Izbicy to wywozili oczywiście. W Izbicy to tylko w czterdziestym drugim w listopadzie jak łapanka była ta ostatnia. Pierwszego listopada. A wcześniej, dlaczego w Izbicy, bo mieli blisko tego naszego niby miasteczka pociąg, pociągi, dlatego tam w Izbicy się to wszystko działo. Ja wiem, może to i dlatego, że tam dużo Żydów było, bo jak przywieźli zza granicy to ich pchali do domów do tych, po pięć rodzin mieszkało. O, słomę zbierali, kładki słomę i spali na tej słomie. No bo przecież im nie dali żadnych mieszkań. Także dopiero w czterdziestym drugim to była ostatnia łapanka, ostatnia. Bo tak wcześniej to tak było. Plakat, że jutro o tej i o tej godzinie mają się zebrać na tym ryneczku. Więc byli tacy, którzy poszli, a przeważnie ci zagraniczni to oni nie wierzyli, że ich… ich tam wymordują. Nie wierzyli. Oni nie wierzyli. Nie. Mówią, że oni nas przywieźli, bo… eh tak, a ich przywozili zza granicy pociągami, bo naszych tam z Łodzi wieźli, z Warszawy, z innych, z Płocka, tu trochę poczytam. To w tych wagonach cielęcych, towarowych, tak? A tamtych przywozili osobowymi, eleganckimi pociągami, tak. Tylko tu później co z nimi robili? Jak on szedł z torebeczką i go tam gdzieś pchali to po kolei tam upychali do tych domów. Bez jedzenia, bez niczego. Bez niczego. Koło nas mieszkał… skąd… z Francji? Nie. Z Francji? Nie. Nie wiem skąd. Z Niemiec. Z Niemiec mieszkał. Jeden syn doktór, jeden syn inżyniera i ojciec z matką. A ponieważ mój ojciec był chory ja wiem, może na może gdzieś na kręgosłup, może jakieś przeziębienie, na coś, i leżał. To tak nie było leków jak teraz dużo. U nas nie było zresztą lekarza tylko był… jak to się nazywa… felczer. Felczer w Izbicy, nie było lekarza. I on… przy… to oni chodzili ci Żydzi i tak szukali, nie? I ten właśnie doktór przyszedł, miał gdzieś jeszcze jakieś zastrzyki i ojca uratował. Uratował ojca. To oni od tej pory to już od nas mieli wszystko co było trzeba. Przychodzi tak o przez parkan jak tutaj o ten dom drugi, bliżej nawet. Tak. Tak to było. Straszne to było, także oni z początku, później to już wiedzieli o co chodzi, ale z początku to oni mówili, że tylko trochę ich wysiedlili. Trochę, na krótko. Oni zaraz zabiorą ich. Zabrali ich. To samo to jak im zabrali, prawda, te walizki. Przecież jak jechał, to on nie brał tam byle czego, prawda? Tylko co najlepsze wziął. O, tylko ręczna toreb… tylko ręczne bagaże mógł nieść i tak ich pędzili. A nas… A później to tak i ci co wyszli, żeby jechać, żeby ich wywieźć znaczy na tą zagładę… to najpierw wyszło trochę i chodzili Niemcy, z tymi czarnymi, to też na pewno wiecie państwo co to czarny, czy nie? Czarny. Ukrainiec w wojsku niemieckim, w czarnych mundurach. To oni brali duży udział w tym… w wysiedlaniu tych Żydów. Wychodzili i wyciągali z domów. Tam się schował do piwnicy. Schował się gdzieś coś, to go wyciągnęli i zabierali. Tak było. W czterdziestym drugim była czystka. To nasz bidny o ten właśnie Chanan i ich wtedy spędzili w… ostatni raz było, na ten rynek. To ze trzy tysiące mówili, że było. I okropnie wtedy ich powyciągali, powyciągali. I nasza ta bida też. On chłopaczyna był. Niski był, taki delikatny. I jego wtedy złapali. I ich… a w tym czasie przepędzili na łąkę pod… pod stację kolejową, łąka była tylko to z tej strony stacji. No z tej, bo już szosa jest i za szosą. I tą łąkę, to hrabiego łąki, podmokłe takie. I oni ich na tych łące usadzili, bo nie ma pociągu. Bo partyzanci wysadzili pociąg na Wólce Orłowskiej. Nie ma pociągu. I oni siedzieli dwa dni na tej łące. Listopad. Jak na złość wtedy to to u nas dzień zmarłych przecież jest, tak? Nikt nie wychodzi z domu z Polaków. Dlatego, że nie raz tak bywa, że idzie, a Żyd ucieka za nim, a Niemiec strzela. Także się nie wychodziło z domu. Wtedy jak jakaś łapanka była. Na tą łąkę ich przepędzili. Dwie doby trzymali. I masowo im zaczęli umierać. No bo, bo przecież dwie doby to tam był i stary, i było dziecko, i tak dalej, a koło naszego domu była taka droga do młyna. I właśnie tą drogą na te łąki wypuścili furami na kirkut tych, którzy po prostu… albo go zastrzelił, bo nie raz i zastrzelił. Jak uciekał to strzelał. Albo umarł. No i co zrobić? Spędzili ich do kina. Do kina. Kino stoi jeszcze nie wiem czy pan widział. Jak jest tor, do Tarnogóra pan jedzie, tak? Jest tor kolejowy i na lewo jest kino. Dom strażaka to teraz jest. I do tego kina ich tyle spędzili przecież, że tam był jeden pisk, jeden krzyk, jedna rozpacz. Myśmy to tak, jak stał Niemiec to nie poszedł, bo pilnowali ich, ale jak stał policjant granatowy, no bo to była policja granatowa też nasza. Na przykład jak chodziłam z córką policjanta, komendanta do szkoły. To myśmy były takie no dziewczyny co to nam trzynaście lat. Braliśmy wodę, bo oni to potem przez to okratowane tak, tym… drutem kolczastym okna, wyciągali ręce, wołali. Pić się chciało, jeść się chciało, wszystko się chciało. Więc dawaliśmy tam herbaty, chleba… przecież to się nie nakarmiło, ale człowiek leciał, bo... bo nie można było przysłuchać tego szumu. I wtedy właśnie tu mam… powiedzieć o tym Chananie, czy nie?

D.K.: Tak, jak najbardziej.

H.B.: I on tam był w tym kinie. I my wieczorem siedzimy z mamą, ojciec był w młynie. Ale on się ojca bał. Bo ojciec kiedyś miał taki wypadek, że był w mieście, ale wychowany między Żydami w Izbicy, więc każdego Żyda znał, nie? Jakoś tam stanął z Żydem, rozmawiał. I Niemiec naszedł i mu się to nie podobało. Wziął ojca i tego Żyda, i tak jak… jak to więzienie. Nie wie pan, gdzie to więzienie co oni rozebrali, nie? A tu gdzie jest policja teraz.

D. K.: Tu w Izbicy?

H.B.: Posterunek.

D.K.: Tak, tam gdzie ten budowali areszt z macew.

H.B.: No, to oni z tych… Żydzi musieli rozebrać pomniki na tym… na kirkucie i z tych pomników kazał… To Engels, ten kat co był, kazał zrobić sobie to więzienie właśnie. No i ojca wtedy wzięli z tym Żydem. I tak, ojciec nie miał przy sobie żadnych pieniędzy. Tam go obmacali, obmacali nic nie miał, a Żyd miał złotą pięciorublówkę tu w kieszonce. Więc ty chciałeś kupić, ojca zbili strasznie i wsadzili do tego bunkra, bo już wtedy bunkrem to nazywaliśmy. A Żyda na ojca oczach zastrzelił. Zastrzelił. No i ojciec przesiedział dwa… dwie doby w tym bunkrze, ale mieliśmy takie szczęście, że w tym czasie tego kata, Engelsa nie było. Tylko był jest zastępca, się nazywał Klemm. Nie wiem, może słyszał pan.

D.K.: Znana postać.

H.B.: A wie pan kto to był Klemm?

D.K.: Słucham?

H.B.: Kto to był? To był porucznik Wojska Polskiego w Zamościu. Klemm. Klim, Klim. A później, bo oni tak robili, że volksdeutsch reichsdeutsch. Tak. Dlatego, że mój wujek był w Zamościu, właśnie w wojsku tym… sanitariuszem i bardzo go dobrze znał. Jak on przyszedł tutaj do Izbicy, a wujek przychodził mówi: „Wiecie co? Mój ten, porucznik jest zastępcą Engelsa. Co ty pleciesz? No spotkałem go w mieście i tego, i byliśmy na wódce. No coś ty głupiś czy co? No słowo daję”. I wtedy właśnie Engels był akurat na szczęście na urlopie, a był ten Klim. No i my od razu do wujka „Ty, idź ty załatwiaj z nim”. No to poszli. Była restauracja nur fur Deutche. Do tej restauracji. Pili, pili. Później obiecał mu trzydzieści tysięcy wtedy pamiętam jak dzisiaj. No i ojca puścił. Ale ten… ale on nie bił ojca. Inny był taki do bicia. Akurat nie on. Zęby wybili. I ojciec się strasznie od tej pory Żydów bał. Bał się. Do miasta nie poszedł już nigdy. Siedział we młynie i w domu. I ten nasz Chanan wiedział o tym wszystkim. I dlatego jak przyszedł to on w… stanął w drzwiach, ale zobaczył, że gdzieś tam poszedł chyba do młyna. Że ojciec we młynie mówi: „Nie ma, nie ma, nie ma”. No nie ma. Cały mokry on był. Jakaś kurtczyna na nim. Jeszcze co gorsze, że śmierdzący. Bo przecież w tym kinie załatwiali się… pod siebie. Brudny. No i do mamy mojej „Mama, mama, mama, mama, ratuj mnie, ratuj mnie, ratuj”. Mama mówi co, no i mówi. Wzięła, a mieliśmy tak, dom, droga i za drogą taki kopiec. Nie wiem czy widzieliście gdzie na… na wsi kopiec taki prawdziwy. Na wierzchu. Na kartofle kopiec. To drzwi były zamykane na klucz taki do tego kopca. I mama mówi: „Bierz ten klucz i idź go zamknij, a ja będę patrzeć czy ojciec nie idzie”. No i zamknęliśmy, no i tak go trzymaliśmy. Z tym, że chodziło się, nosiło mu się, ale na wiosnę mówi: „Ja już ślepnę”. Bo to tam nie było żadnego światła. Taki był… No to co, no to mówi ja… Rodzice mieli drzewo na dom, bo myśmy w komornym wtedy jeszcze mieszkali i za tym kopcem było rozłożone dużo drzewa takiego. On mówi: „Ja sobie w tym drzewie zrobię komór… kryjówkę”. A tam miał koce, wszystko. Miał poduszkę. I tam sobie zrobił.

Część 2

Halina Błaszczyk: Zrobił… a w nocy był stróż w młynie, i on siedział sobie z tym stróżem koło młyna. Noo, a koło młyna znowu mieliśmy oborę, gdzie stały krowy świnie i tak dalej, ale to było blisko tylko nas wzięli… no ja wiem sto metrów może. No w sumie to stróż fajny był. A to. Ale też oberwał później bidny. No i on, ale ktoś to musiał zobaczyć. Jego. Nigdy nie dowiedzieliśmy się, bo tam sąsiedzi byli, ale myśmy ze wszystkimi bardzo dobrze żyli. A ktoś przyskarżył i na wiosnę, no to zimę przesiedział tak na wiosnę gdzieś, wczesną wiosną. My w domu siedzimy słyszymy, no już wieczorem może jedenasta była. Spaliśmy, straszny krzyk. Otwiera mama drzwi na dwór. Mówi: „Boże to, – mówi – to jest stróż tak krzyczy”, a jego tak Niemcy bili, więc to tak było. Oni, ponieważ było chłodno, to oni sobie siedzieli otwierali oborę i siedzieli na progu tej obory ten stróż z Żydem. I… ale to ciemno było. Stróż miał psa, pies zaczął szczekać później widzą już światła bateryjek i niemieckie głosy. Niemcy, ale to już moment już halt, halt, halt. No co, Żyd się podział. Roztopił się. Nie ma Żyda. Tylko jest stróż, więc go biją. „Gdzie Żyd? Jaki Żyd? A z kim rozmawiałeś? Z psem!” No to go bij. „Gdzie jest Żyd? Rozmawiałeś z Żydem”. I tak na tym to się skończyło, że oni w tej oborze cały ten, no ten na strychu, no to tam siano słoma i tak dalej. No stróż mówi: „Tak myślałem jak oni go przybiją tam…”, on nie wiedział gdzie on jest, on nie wiedział gdzie. Przyszli do domu oczywiście no zrobili rewizje nas postawili pod ścianę, no i szukają, weszli na strych nie ma. Nigdzie nie ma. „Gdzie jest Żyd?”  - „No jaki Żyd, nie ma Żyda”. Więc ojca zaczęli bić. A i jeszcze co było. Do tego stopnia było przyskarżone, że oni wiedzieli, że on ma kryjówkę w tym drzewie. Zeszli ze strychu, poszli w to drzewo i znaleźli kryjówkę. Wasze drzewo. No i ojca wzięli, i stróża też wzięli, ale to był to, ale na szczęście, że to był ten okres kiedy tego Engelsa nie było też jeszcze to w tym samym czasie mniej więcej jakoś. No też dwa dni ojciec siedział i stróż siedział dwa dni. To zęby im powybijali. No nic nie było. Mówi mówił, że w tym bunkrze to była normalnie posadzka wylana i nic, nic. Leżysz tak. Dwie doby leżeli. No i przekupiliśmy tego... tego... tego... Klima [red. Ludwik Klemm], a to tylko takie szczęście, że on się trafił prawda. Akurat go znał tata i dał się przekupić. I ojca puścili. I wiemy co gdzie się Żyd podział.  Za jakieś może za tydzień nie wiem, za ile dni wieczorem, a on gdzieś wiedział, że tam w …, bo tam na zmianę pracował ojciec z ojca bratem. Kiedy który w nocy pracuje, i jak ojciec pracował, drzwi się otwierało, a on staje w drzwiach. A my z mamą patrzą na siebie ze strachu umieramy, no ale nic. „Gdzieś ty był?”, a on mówi tak, że jak szum się zrobił nie, że słyszał Niemców, a stały trzy krowy i miały taki jeden żłób tutaj i on wszedł pod ten żłób. A krowy jak się przytuliły do tego żłobu. I oni wszędzie szukali, i tam gdzieś nie szukali tam na górze szukali. A Żyd tego i wyszedł no, a gdzie jesteś? A on poszedł. Moja ciocia z wujkiem niedaleko mieszkali i mieli duży ogród, i dużego psa, i budę. I on uciekł, i siedział w tej budzie. Mówi: „Ja siedziałem u ciotki w budzie”. - „A co jadłeś?” - „A jak ciotka przyniosła psu to najlepsze były jak na kościach było jeszcze dużo mięska, to ja zabrałem psu”. O tak, ale mówi najgorzej, bo ciotka miała służącą. Mówi jak wniosła Helena, a byłe małe kurczaki, i wynosiła im te jajka, takie posikane i ja to im zabrałem, a oni piszczeli i ciotka skrzyczała. „Helena ty nie dałaś jeszcze jeść tym kurom”, a ona mówi: „Jeść – już dawno zjadły”. No i siedział tam tydzień. Przyszedł, no tam daliśmy mu ubranie, bo to przecież zniszczone zmarnowane. I mówi: „Ja już teraz pójdę do Ostrzycy”, to za taką górę tam dalej jest Ostrzyca, i tak mówi, że ma znajomych, co są w partyzantce i pójdzie do lasu. „Bo ja już tu nie będę, bo gdzie ja będę? Bo gdzie ja będę?” I uciekł tam i przeżył. Partyzanckie wszystkie piosenki, gdy byliśmy tam u niego to śpiewaliśmy. Wszystkie zna. No i tak przeżył bidny, tak przeżył. Tak to było. I później po wojnie ich zbierali, to on pojechał do tego Izraela, a bo co będzie robił? Sam jest. Pojechał. Ożenił się. No w wojsku najpierw był, później się ożenił miał dwoje dzieci. Sklep miał. Sklep. A ona była Żydówką z Rumunii. Nie było rozmowy z nią. A mąż mój na przykład był w Niemczech pięć lat na robotach, to po niemiecku umiał, to ona też umiała. To rozmawiali. A my z Chananem po polsku, a oni po niemiecku gadali. I tak to było wszystko. Tak i on przysłał później nam to wszystko i dzwonił, żeby przyjeżdżać. Pojechaliśmy. Zaraz zadzwonił tam rabin. Najważniejszy jest ten główny rabin. Myśmy jakoś tak wyszedli w obiad tam wylądowaliśmy, a on po obiedzie zaraz dzwonił do tego rabina, że ja przyjechałam i kiedy ta uroczystość ma być. No i rabin powiedział, że mu jutro odpowie. Za tydzień było to właśnie z tym to. Dyplom te dyplomy i medal, sadzenie drzewka, później obiad taki, bo to on tam zaraz miał tych znajomych, to szli na tą uroczystość, to obiad był.